kalendarz swoje, termometr swoje, synoptycy swoje

a ja swoje też wiem, wiosna zaczęła się dzisiaj
poznałam to po samochodzie, ptaki zrobiły swoje, wiosna jest faktem

na balkonie koło miski pojawiła się nowa postać - wielka i ruda, znawcy okolicy twierdzą, że to Lucek mieszkający trzy domy dalej

koty stołujące się u mnie na stałe wiedzą,ze chrupki na misce po to są, żeby zjeść tyle, ile się chce, a resztę zostawić na potem, Lucek z kolei podchodzi do miski z założeniem,że trzeba do dna - w związku z tym wczoraj się o niego potknęłam, bo tak się nażarł, że jak zasnął, to obudzić mu się nawet nie chciało

dzisiaj stał na dwóch nogach, jedną łapą opierał się o szybę balkonowych drzwi, drugą w nią walił, dość upiornie to wyglądało...nie wiem, czy chciał muchę dopaść, czy do mnie wejść

ale co tam, dobrze mu, niech siedzi na balkonie, mi tam nie przeszkadza, ja to nie znajoma co koło Lucka mieszka i poszła z pretensjami, że jej wystawione na balkon świąteczne jedzenie starannie przejrzał, a jak schowała do domu, to oknem wszedł i takoż wszystko przepatrzył

zapytana przez nią, co ma zrobić, odpowiedziałam,że przywyknąć, na co ona oburzona, że właściciel Lucka powiedział jej to samo, cóż, zdaje się żaden właściciel kota nie poradziłby jej nic innego, ale jeśli ktoś uważa,ze kotu można wytłumaczyć, to niech tłumaczy...

po trzech tygodniach nieobecności w pracy w poniedziałek powinien wrócić mój rodzinny, wyglądam jej z utęsknieniem, bo w przychodni fizjoterapii mi powiedzieli, że na prywatne wirówki rąk za 9 zeta sztuka muszę mieć papierek od rodzinnego

się nie zdziwiłam nawet, że przecież wirówki na palce chcę, a nie elektrowstrząsy na mózg , tylko czekam trzeci tydzień ze sztywnymi łapami na papierek... co złapię jakieś nici to po paru minutach musze odłożyć, bo średnia przyjemność, jak każdy staw przypomina mi o swoim istnieniu, a ręce jak z drewna, po kuracji sprzed czterech lat śladu nie ma

skoro wiosna jest, to teraz byle do powrotu rodzinnego...